Postacie: Starbuck, Helo
Spojlery: brak, pre-series
Ilość słów: 690
Przypomniało mi się - otóż to, w gruncie rzeczy, debiut w fandomie.
Dedykowane Akzs
***
Stoisz w wąskim korytarzu, patrząc przez okno na małe grupki ludzi i maszyny. Raptory, Vipery – o, proszę. A mówili, że ci się nie uda.
Właśnie patrzysz na piątkę dziewczyn uprawiającą jogging wokół kampusu (przynajmniej nie będziesz cierpiał z braku płci przeciwnej), kiedy ktoś za tobą krzyczy ci niemal do ucha:
- Suń się, wielkoludzie!
Oglądasz się zdziwiony, bo przecież stoisz tak, że swobodnie można przejść. Mierzysz wzrokiem niewysoką dziewczynę o wyzywającym wyrazie twarzy i w niedopasowanej, luźnej koszulce odsłaniającej pół ramienia.
Już trochę żyjesz, widywałeś różne kobiety. Jedne schludne, ubrane w sztywne (wyglądające na cholernie niewygodne) marynarki, inne w spódniczkach tak krótkich, że wystarczyło odpowiednio ustawić lusterko i bez zbytniego wysiłku było widać całą bieliznę (oczywiście, nie próbowałeś tego). Jeszcze inne były niskie, w ciemnych swetrach i bluzach, czasami w okularach – zawsze miałeś to przejmujące wrażenie, że chcą się wtopić w ścianę za sobą. Niektóre były zwykłe (nie, nie to masz na myśli – nie ma zwykłych kobiet – powtarzasz sobie, musisz przestać używać tego słowa), takie nijakie, pospolite, a inne przyciągały uwagę. Mężczyzna w otoczeniu takich kobiet stawał się bezwolny, jak kawałek metalu w polu magnesu. W wyglądzie tej dziewczyny, stojącej właśnie obok ciebie, nie było niczego niesamowicie interesującego, czy tym bardziej odpychającego. Była taka... zwykła (no tak, znów to słowo, człowieku zrób coś ze sobą). Ot tak, brązowe oczy, zupełnie krótkie blond włosy i wysłużona torba na ramieniu.
Przesuwasz się jeszcze bliżej w kierunku ściany – nie ma mowy, żeby teraz nie przeszła.
No, proszę. Zamiast się ruszyć, stoi w miejscu. Dodatkowo, wygląda, jakbyś wymierzył jej siarczysty policzek. Na jej twarzy maluje się mieszanka zdziwienia, rozczarowania, zapału i wrogości. Poprawia niedbale koszulkę i wyciąga rękę w twoim kierunku. Ze stoickim spokojem ściskasz ją i słyszysz, jak wymawia głośno i wyraźnie swoje nazwisko:
- Kara Thrace.
- Karl Agathon.
I zapada nienaturalna, niezręczna cisza. Przez korytarz przebiega ta sama grupa dziewczyn, którą widziałeś na zewnątrz. Obserwujesz, jak roześmiane popychają się i znikają za rogiem. Kiedy patrzysz na Karę, ona wciąż spogląda na koniec korytarza.
Ostatnim razem, kiedy przedstawiono ci szczupłą blondynkę, kuzynkę znajomego, skończyło się to tym, że po piętnastu minutach znałeś połowę jej życia seksualnego. Usłyszałeś przynajmniej o dwóch ostatnich chłopakach, a po pojawieniu się słowa „pozycja” tylko kiwałeś głową i wypijałeś kolejne drinki. Następnego dnia żałowałeś, że w ogóle poszedłeś na tę imprezę – chyba nigdy nie pozbędziesz się gorzkiego smaku ginu z ust. Z rozmyślań wyrwało cię niepewne:
- Więc, uhm... Karl. W jakimż to celu, eee… – Kara drapie się po głowie, jakby szukając właściwych słów – przytargałeś tu swoje szanowne cztery litery?
- Pewnie po to, by zapakować je do Raptora – mruczysz pod nosem, spoglądając na zegarek. Do odprawy jeszcze godzina. (Przeklęte opóźnienia.)
- Faktycznie, do Vipera byś się nie zmieścił. – Szczerzy się, pokazując białe zęby, po chwili puszcza oko, dając ci do zrozumienia, że tylko żartuje, jakbyś bez tego nie poradził sobie ze zrozumieniem jej intencji.
- Też nad tym ubolewam – parskasz ironicznie – ale, co ty tutaj robisz?
Na to pytanie, jakbyś ktoś nacisnął jakiś niewidzialny guzik, ożywia się, oczy zaczynają jej błyszczeć, a na ustach rozkwita niewielki uśmiech. (Modlisz się, żeby nie powiedziała, że jej poprzedni albo obecny facet tutaj przebywają. Zresztą, raczej na to nie wygląda.)
- Zamierzam zostać najlepszym pieprzonym pilotem Vipera, jakiego widziała ta szkoła – rzuca entuzjastycznie, przestępując z nogi na nogę.
Wygląda jak ktoś, kto nie do końca chciał dorosnąć. Jakby zatrzymała w sobie odrobinę dziecka. Ostatni raz widziałeś tak dziki entuzjazm u swojej sześcioletniej siostrzenicy. (Może jednak nie jest taka ‘zwykła’?).
- Powodzenia! – Śmiejesz się, wsuwasz dłonie do tylnych kieszeni zniszczonych spodni, a chwilę później doświadczasz przenikliwego bólu gdzieś poniżej ramienia, koło łokcia. Wydajesz z siebie coś pomiędzy zduszonym „heeej” a jęknięciem i masujesz obolałe miejsce. Na Karze zdecydowanie nie robi to żadnego wrażenia.
- Zawsze bijesz nowo poznanych ludzi?
- Masz szczęście, wiesz? – Szczerzy się głupkowato. – Zazwyczaj jeszcze ogrywam ich w karty. Poza tym, to było lekko.
- W takim razie nie jestem pewien, czy chcę się dowiedzieć, jak w twoim wykonaniu jest mocno.
- Spokojnie. Najpierw ogram cię w karty.
Zdajesz sobie sprawę, że to wcale nie brzmi tak źle, i kiedy Kara znowu puszcza ci oko, uśmiechasz się szeroko i częstujesz ją lizakiem.
